„Decydujący moment jeszcze nie nadszedł.
Jestem dopiero na początku drogi.”

Z Dominiką Koszowską, laureatką Wielkiego Konkursu Fotograficznego National Geographic 2016, absolwentką WSTI w Katowicach rozmawia Grażyna Studzińska-Cavour.

„Decydujący moment jeszcze nie nadszedł. Jestem dopiero na początku drogi.”

Z Dominiką Koszowską, laureatką Wielkiego Konkursu Fotograficznego National Geographic 2016, absolwentką WSTI w Katowicach rozmawia Grażyna Studzińska-Cavour.

-----------------------------------------------------------------

WSTI: Dominiko: pierwsze zdjęcie. Pamiętasz?

Dominika Koszowska: Niestety pierwszego zdjęcia nie pamiętam. Byłam dzieckiem, kiedy rozpoczęła się moja przygoda z fotografią.

WSTI: Ktoś Cię zmotywował, podarował aparat, czy sama? Jak to było?

DK: Mój dziadek, który z zamiłowania rysował, malował, rzeźbił, uwielbiał też robić #zdjęcia. To właśnie on wprowadził mnie w tajniki fotografii. Niestety dziadek zmarł zbyt wcześnie, a ja, głodna wiedzy z tej dziedziny zapisałam się do Domu Kultury na Ligocie na zajęcia w Kole Fotografii. Przez dwa lata fotografowałam, siedziałam w ciemni i eksperymentowałam z powiększalnikiem – były to czasy, kiedy o fotografii cyfrowej nikt nawet nie myślał. #Aparat, #negatyw, #wywoływacz, #utrwalacz i #powiększalnik – to była magia (objawiona wtedy nielicznym). Tak wtedy powstawało zdjęcie. Fotografowałam aparatem dziadka – marki #Smiena. Czas mijał, ja poszłam do liceum – dojazdy i inne obowiązki spowodowały, że porzuciłam fotografię. W tym czasie spotkałam również mojego obecnego męża, który także od dziecka zajmował się tą dziedziną sztuki. Roman robił to fenomenalnie i od tej pory już tylko on naciskał na spust, ja całkowicie zaniechałam działań.

WSTI: Kiedy przyszedł ten "decydujący moment" uwolnienia migawki kariery? Kiedy zdecydowałaś, że fotografia jest drogą, którą chcesz iść?

DK: Decydujący moment jeszcze nie nadszedł. Jestem dopiero na początku drogi, cały czas się uczę. #Fotografia jest moją pasją, nie jest drogą, którą chcę iść. Jeden zawodowy #fotograf w rodzinie wystarczy :).

WSTI: Ile czasu trzeba od pierwszego zdjęcia do chwili, w której zaczyna się widzieć gotowe kadry i wiadomo, jakie ujęcie chce się zrobić?

DK: Do powrotu do fotografii zostałam niejako zmuszona – rozpoczęłam studia, o których marzyłam jako nastolatka – zawsze ciągnęło mnie do sztuk pięknych. Nadarzyła się wyjątkowa okazja - WSTI w Katowicach realizowała ciekawy projekt europejski - studia na kierunku grafika. Rysunek, malarstwo, grafika i rzeźba. W dodatku nacisk na zajęcia praktyczne. No i kadra! Nie wahałam się ani chwili, kiedy zaznajomiłam się z planem zajęć. Przez trzy lata obowiązkowe były także zajęcia z fotografii, więc po ponad dwudziestoletniej przerwie aparat znów zagościł w moich dłoniach. Pamiętam pierwsze zadanie, któremu musiałam sprostać – seria zdjęć z wykorzystaniem głębi ostrości. Pożyczyłam od męża aparat i pojechałam do Obozu Zagłady w Brzezince. Wróciłam z gotowym materiałem, wybrałam kilkanaście ujęć i przyszłam na zajęcia do oceny. Profesor Muschalik oglądał zdjęcia innych, dokonywał korekt, udzielał rad, dodawał uwagi, kiedy przyszła moja kolej... zamilkł. Byłam przerażona, myślałam, że fotografie są kiepskie i będę musiała poprawiać to zadanie, ale wtedy usłyszałam – gratuluję, dostaje pani wyróżnienie. Byłam taka zaskoczona, że nie mogłam wydusić z siebie żadnego słowa. W mojej grupie były osoby, które od lat i to zawodowo zajmowały się fotografią, a to jednak w moim kierunku padły te słowa. To mnie bardzo zmotywowało.

WSTI: Talent, czy praca?

DK: Na to pytanie ciężko mi odpowiedzieć – ja zawsze inaczej odbierałam świat, zawsze widziałam obrazy – od dziecka zajmowałam się rysunkiem – uczęszczałam na zajęcia do Pałacu Młodzieży, Domu Kultury na zajęcia plastyczne i chyba to zmieniło moje postrzeganie otoczenia. Idąc ulicą często widzę gotowe kadry i zachwycam się otaczającym mnie pięknem, w głowie mam też wiele gotowych obrazów, które może kiedyś przełożę na realne fotografie. Pomysłów mi nie brakuje, ale czasu i funduszy tak.

WSTI: Kogo słuchałaś, czy podpatrywałaś w dziedzinie fotografii? Jakie autorytety wiodły Cię do zdobycia nagrody National Geographic?

DK: Autorytetów jest wiele – począwszy od dziadka, który nauczył mnie myśleć fotograficznie, poprzez mojego męża (kilkukrotnego laureata Śląskiej Fotografii Prasowej oraz największego konkursu fotografii prasowej BZ WBK). Od ponad dwudziestu lat mam okazję obserwować go przy pracy i sporo się nauczyłam. Wiele również zawdzięczam dr hab. Katarzynie Gawrych-Olender, prof. Piotrowi Muschalikowi oraz dr Barbarze Kubskiej – wykładowcom z #WSTI. To dzięki nim uwierzyłam w siebie i zaczęłam więcej fotografować.

WSTI: Widzę przekrój zainteresowań w Twoich pracach, od bajkowych opowieści, przez reportaż do umiejscowienia w regionie, w którym żyjesz. Twój świat jest kolorowy, a przecież to #Śląsk...

DK: W fotografii interesuje mnie prawda i to, co odchodzi w zapomnienie, ulega zmianie. Coś, czego za kilka, kilkanaście lat nie będzie. Uwielbiam reportaże ale nie te kreowane – takich zdjęć staram się nie wykonywać, pozostawiam to innym. Staram się pokazywać otoczenie takim, jakim go zastałam, nie wprowadzać własnej kreacji. Chcę łapać chwilę taką, jaka właśnie trwa, zanim zniknie – operując tylko zastałym światłem i własnym kadrem. Świat staram się pokazywać takim, jaki jest. Mój cykl o ginących zawodach był kolorowy, bo takie były pracownie i uważałam, że szkoda byłoby zatracić to w czarno-białych fotografiach.

WSTI: Opowiedz mi o konkursie National Geographic.

DK: W sierpniu tego roku postanowiłam po raz pierwszy spróbować swoich sił w największym w Polsce konkursie fotograficznym. Wysłałam kilka zdjęć na #WKF #NG. Ku mojemu zdziwieniu aż dwa zakwalifikowały się do finału i obydwa zostały nagrodzone. Jak powiedziała prowadząca galę Martyna Wojciechowska – po raz pierwszy w dwunastoletniej historii konkursu zdarzyło się, że jedna osoba zdobyła aż dwie nagrody. Dla mnie to ogromny zaszczyt – fotografuję niewiele, bo dzielę czas pomiędzy zlecenia, studia na #ASP i rodzinę. Wielu fotografów częściej w miesiącu pracuje z aparatem niż ja przez te ostatnie trzy lata...Ta wygrana dodała mi skrzydeł. Postanowiłam wziąć również udział w konkursie NG Traveler, gdzie nagrodą był tygodniowy wyjazd z ekipą Traveler Adventure Team na Węgry. Tak się złożyło, że również zostałam laureatką tego konkursu i w październiku znalazłam się w Dolinie Tokaju, Egeru i górze Matra. To cudowne pojechać z zawodowcami na taki plener, podglądać ich w pracy i uczyć się od nich.

WSTI: Jaki jest ich twórczy efekt? Pokażesz nam zdjęcia?

DK: Tak, oczywiście. Na Węgrzech pracowałam z Tomaszem Golą - fotografem współpracującym Z NG Traveler. Moim zadaniem była dokumentacja wyjazdu #TAT.

WSTI: Już wcześniej zdobywałaś wiele nagród, która była tą najbliższą sercu i dlaczego?

DK: Swoje prace zaczęłam wysyłać na konkursy właśnie dzięki wymienionym wyżej wykładowcom – to oni zachęcili mnie, by puścić swoje kadry w świat. Zdobywałam nagrody nie tylko za zdjęcia, ale także za rysunki, plakaty czy też projekty, które wykonywałam w ramach zajęć na studiach. Wszystkie nagrody są bliskie mojemu sercu, bo w każdą z tych prac włożyłam cząstkę siebie i poświęciłam swój czas, by je zrealizować. Ten rok był dla mnie wyjątkowo łaskawy – zostałam laureatką dwóch międzynarodowych konkursów fotograficznych. W maju zostałam zaproszona do prowadzenia warsztatów foto w ramach Śląskiego Festiwalu Fotografii. Znalazłam się wśród innych prowadzących - najlepszych reporterów w Polsce – Tomasz Lazara, Maćka Nabrdalika i Wojtka Grzędzińskiego. We wrześniu zdobyłam dwie nagrody w WKF NG, a w październiku zostałam laureatką konkursu NG Traveler. Byłam też finalistką #Sony Xperia Awards Poland oraz zajęłam I miejsce w konkursie SONY MOBILE "Ludzie w drodze". Jurorem był Tomasz Tomaszewski.
Jednak najbliższy mojemu sercu był konkurs, który wygrałam nie dla siebie, ale dla syna. Mój syn, wtedy jeszcze zapalony piłkarz (dziś Robert Koszowski jest zawodnikiem MMA) znalazł informację o konkursie „Zostań Królem Fotostrzelców” organizowanym przez SONY, w którym można było wygrać wyjazd na #Mundial do Brazylii. Przyszedł i powiedział – mamo ty robisz takie fajne zdjęcia – może byś wzięła udział, chciałbym polecieć na Mistrzostwa Świata. Na konkurs trzeba było wykonać #reportaż składający się z 7 zdjęć na wybrany temat. Przez kilka dni fotografowałam więc syna i wysłałam. Nie spodziewałam się, że znajdę się w finale, a już tym bardziej, że w czerwcu będę stać na murawie boiska w Kurytybie i wraz z synem kibicować Hiszpanii, spełniając jego największe marzenie.

WSTI: Planujesz, czy pozwalasz się nieść fali zdarzeń? Jak widzisz siebie za 5, 10 lat?

DK: Jest takie powiedzenie – chcesz rozśmieszyć Boga powiedz mu o swoich planach... Niczego nie planuję na najbliższe lata, nie daję się też ponieść fali zdarzeń – staram się żyć tym, co tu i teraz, realizować plany te najbliższe, z poszanowaniem siebie i innych. Teraz skupiam się głównie na dyplomie. Realizuję go na ASP w Katowicach w pracowni Profesora Piotra Muschalika, który wykłada również tam. To jakby kontynuacja postawionych w WSTI kroków.

WSTI: Akademia Sztuk Pięknych? Czyli są kolejne stopnie wtajemniczenia?

DK: Pytasz dlaczego ASP? Apetyt rośnie… Jako dziecko marzyłam o tym, by tu studiować. Trzy lata w WSTI dały mi taką możliwość - rozbudowałam #portfolio, mogłam bez obaw podejść do egzaminu, by móc zrealizować plany z przeszłości. Wiem już, że życie potrafi bardzo pozytywnie zaskoczyć – gdyby ktoś pięć lat temu, kiedy przekraczałam próg WSTI powiedział mi jak bardzo zmieni się moje życie pomyślałbym, że zwariował. Uśmiechnęłabym się pewnie i pokiwała z niedowierzaniem głową. Wtedy ani na sekundę nie przyszło by mi na myśl, że mogę zostać laureatką kilkunastu konkursów i to nie tylko ogólnopolskich, a moje zdjęcia zostaną opublikowane na łamach National Geographic. Teraz pokonuję kolejne stopnie drabiny, która widocznie żyła w mojej podświadomości.

WSTI: Czego Ci życzyć, Dominiko? Może tego, żebyś znalazła siły i środki do konsekwentnego podążania własną drogą?

DK: O, tak, dziękuję bardzo.

WSTI: A ja dziękuję za rozmowę.